Ten wyjątkowy dzień... dzień narodzin i czas oczekiwania.
Dzień w którym maleńka istotka przychodząc na świat odmieniła życie
dwojgu ludziom. Maleńka, niewinna, bezbronna dziewczynka.
9 miesięcy noszenia Jej pod sercem, 40 tygodni oczekiwania. 9 miesięcy
aby dać Jej życie. Jeden dzień, jedna chwila a nasze życie stało się
inne. Zdecydowanie na lepsze... : )
zaczęło się tak...
Po 2 latach małżeństwa zapragnęliśmy powiększenia rodziny. Nasze krótkie
starania zaowocowały dwoma kreskami na teście. Zobaczyliśmy je 5-ego
lipca 2009r. A już 10 lipca, zapewnieni przez lekarza byliśmy pewni że
jesteś pod moim serduchem!
Pierwszy trymestr-najtrudniejszy. Poranne mdłości, ciągłe zmęczenie i
przygnębienie. Drugi najlepszy. Energia mnie rozpierała i mimo
powiększającego się brzuszka znakomicie się czułam. Zachcianki i
cierpliwość męża do spełniania ich w najmniej oczekiwanych momentach.
Najczęściej były to lody waniliowe : ) To w drugim trymestrze poczułam
pierwsze ruchy. Dowiedzieliśmy się że spodziewamy się synka...
Wybraliśmy imię Julian. Trzeci trymestr całkiem znośny ale pod koniec
kręgosłup "siadał" i nogi. W 8-ym miesiącu zaskoczeni dowiadujemy się że
jednak będziemy mieć córeczkę... : ) Wybór imienia był trudniejszy.
Nastawieni byliśmy na Juliana więc miała być Julia. Potem zmieniliśmy
imię na Masza. W ostatnim tygodniu opuścił się brzuch i było mi
strasznie więc chciałam już urodzić.
27 lutego z samego rana(wyjątkowo) czułam się znakomicie. I chodź
wstałam wczesnym rankiem miałam dużo energii. Przed południem miałam
lekkie i rzadkie skurcze. W południe Leżąc na kanapie przed telewizorem,
głaszcząc brzuszek i wcinając banana odeszły mi wody... Nie wiedziałam
co mam robić! Zdawałam sobie sprawę że to lada dzień ale nie
pomyslałabym że to dziś... Podekscytowana i zdenerwowana zadzwoniłam po
męża. To pierwsze dziecko więc panikowałam... Tata urwał się z pracy i
przyjechał w ciągu 20 minut. Nadal czułam się dobrze. Nie miałam
wielkich skurczy! Tylko tyle że wody odeszły więc musieliśmy jechać.
Brzuch strasznie się opuścił. Masza nie śpieszyła się na świat,
zdąrzyłam jeszcze spakować pare potrzebnych rzeczy i pojechaliśmy. Tatuś
był strasznie podekscytowany. W jego oczach widziałam strach a na
ustach wielki uśmiech... : )
Kiedy weszliśmy od razu wzięli mnie na porodówkę a ja żadnych mocnych
skurczy. Chciałam jeszcze zadzwonić ale pielęgniarka zabroniła mi
"absolutnie! zaraz pani urodzi!" A skurcze były nadal słabe. Ale po 10
minutach wiedziałam już że rodzę! Zaczęło się. Wszystko przyśpieszyło!
Silne skurcze parte.
Po ok godzinie od prawdziwej "akcji" o 16.15 rozległ się pierwszy krzyk!
CÓRKA! takie było pierwsze słowo lekarza. Zaczęliśmy płakać. Tata
wzruszony przeciął pępowinę : ) Położono mi Ją na piersiach. Pachnąca
miłością, niewinnością płacząca leżała na moim sercu, po chwili ucichła
czując moje ciepło. My oboje płakaliśmy ze szczęścia. Wtedy właśnie
zdecydowaliśmy że będzie nosiła imię LENA a nie tak jak wcześniej było
ustalone Masza. Kiedy spojrzeliśmy na nią, wiedzieliśmy że to nasza
Lenka. Po prostu tak podpowiadało nam serce.
Lena J. urodzona 27 lutego 2010r.(termin był na 1 marca) dostała 10pkt w
skali Agpar ważyła 3540g i mierzyła 57cm : )
Leno nasze życie pachnie Tobą, pachnie miłością. Od tego dnia zawsze
będziesz nasza. Ten dzień wpisał się w historię naszej rodziny.
Tobie na pamiątkę-kochająca Mama : )Dzień w którym maleńka istotka przychodząc na świat odmieniła życie
dwojgu ludziom. Maleńka, niewinna, bezbronna dziewczynka.
9 miesięcy noszenia Jej pod sercem, 40 tygodni oczekiwania. 9 miesięcy
aby dać Jej życie. Jeden dzień, jedna chwila a nasze życie stało się
inne. Zdecydowanie na lepsze... : )
zaczęło się tak...
Po 2 latach małżeństwa zapragnęliśmy powiększenia rodziny. Nasze krótkie
starania zaowocowały dwoma kreskami na teście. Zobaczyliśmy je 5-ego
lipca 2009r. A już 10 lipca, zapewnieni przez lekarza byliśmy pewni że
jesteś pod moim serduchem!
Pierwszy trymestr-najtrudniejszy. Poranne mdłości, ciągłe zmęczenie i
przygnębienie. Drugi najlepszy. Energia mnie rozpierała i mimo
powiększającego się brzuszka znakomicie się czułam. Zachcianki i
cierpliwość męża do spełniania ich w najmniej oczekiwanych momentach.
Najczęściej były to lody waniliowe : ) To w drugim trymestrze poczułam
pierwsze ruchy. Dowiedzieliśmy się że spodziewamy się synka...
Wybraliśmy imię Julian. Trzeci trymestr całkiem znośny ale pod koniec
kręgosłup "siadał" i nogi. W 8-ym miesiącu zaskoczeni dowiadujemy się że
jednak będziemy mieć córeczkę... : ) Wybór imienia był trudniejszy.
Nastawieni byliśmy na Juliana więc miała być Julia. Potem zmieniliśmy
imię na Masza. W ostatnim tygodniu opuścił się brzuch i było mi
strasznie więc chciałam już urodzić.
27 lutego z samego rana(wyjątkowo) czułam się znakomicie. I chodź
wstałam wczesnym rankiem miałam dużo energii. Przed południem miałam
lekkie i rzadkie skurcze. W południe Leżąc na kanapie przed telewizorem,
głaszcząc brzuszek i wcinając banana odeszły mi wody... Nie wiedziałam
co mam robić! Zdawałam sobie sprawę że to lada dzień ale nie
pomyslałabym że to dziś... Podekscytowana i zdenerwowana zadzwoniłam po
męża. To pierwsze dziecko więc panikowałam... Tata urwał się z pracy i
przyjechał w ciągu 20 minut. Nadal czułam się dobrze. Nie miałam
wielkich skurczy! Tylko tyle że wody odeszły więc musieliśmy jechać.
Brzuch strasznie się opuścił. Masza nie śpieszyła się na świat,
zdąrzyłam jeszcze spakować pare potrzebnych rzeczy i pojechaliśmy. Tatuś
był strasznie podekscytowany. W jego oczach widziałam strach a na
ustach wielki uśmiech... : )
Kiedy weszliśmy od razu wzięli mnie na porodówkę a ja żadnych mocnych
skurczy. Chciałam jeszcze zadzwonić ale pielęgniarka zabroniła mi
"absolutnie! zaraz pani urodzi!" A skurcze były nadal słabe. Ale po 10
minutach wiedziałam już że rodzę! Zaczęło się. Wszystko przyśpieszyło!
Silne skurcze parte.
Po ok godzinie od prawdziwej "akcji" o 16.15 rozległ się pierwszy krzyk!
CÓRKA! takie było pierwsze słowo lekarza. Zaczęliśmy płakać. Tata
wzruszony przeciął pępowinę : ) Położono mi Ją na piersiach. Pachnąca
miłością, niewinnością płacząca leżała na moim sercu, po chwili ucichła
czując moje ciepło. My oboje płakaliśmy ze szczęścia. Wtedy właśnie
zdecydowaliśmy że będzie nosiła imię LENA a nie tak jak wcześniej było
ustalone Masza. Kiedy spojrzeliśmy na nią, wiedzieliśmy że to nasza
Lenka. Po prostu tak podpowiadało nam serce.
Lena J. urodzona 27 lutego 2010r.(termin był na 1 marca) dostała 10pkt w
skali Agpar ważyła 3540g i mierzyła 57cm : )
Leno nasze życie pachnie Tobą, pachnie miłością. Od tego dnia zawsze
będziesz nasza. Ten dzień wpisał się w historię naszej rodziny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz